mp-close
mss-mapa
Prawo kumulacji

Prawo kumulacji

Od dłuższego czasu narastają we mnie emocje związane z zarządzaniem państwem w Polsce. Czuję się jak ten piesek z T-shirtu – “zły”!
A jako, że 3/4 tego roku spędziłem poza Polską, to mogłem się zapoznać w praktyce z innymi modelami myślenia i też nabrać do pewnych spraw dystansu.
W biznesie jest coś takiego, jak PRAWO KUMULACJI. Jeśli dziś zaczynasz budować markę osobistą, wyniki tych działań będą widoczne dopiero za kilka miesięcy. A jeśli tworzysz nową branżę, dopiero za parę lat będzie ona sprofesjonalizowana. Innymi słowy: dzisiejsze mozolne działania kształtują przyszłość.
Polska polityka jest jednak skonstruowana tak, że kadencja Rządu wynosi 4 lata. Stałym “pierdu-pierdu” w komunikacji politycznej jest więc: “Służba Zdrowia jest kiepska, ale to POPRZEDNICY są winni”. Niestety wielu polityków, cynicznie przyjęła też postawę: “Co się będę wychylał, kadencja kończy się za 2 lata”.
Politycy boją się podnieść wiek emerytalny (choć żyjemy coraz dłużej), bo podniesie się larum. Wstrzymują się od inwestowania w dziecięcą psychiatrię, bo interesują ich bardziej obecne słupki poparcia. Nie dążą do dialogu ponad podziałami w sprawach ważnych dla nas wszystkich, bo trzeba mieć wroga, w którego się napierdziela w “swojej” telewizji. I to jest masakra!
Dlaczego? Bo jeśli nie inwestujemy w jakość życia Polaków TERAZ, to w przyszłości ona się sama nie zrobi. Mam realne i mocne obawy, że ekologicznie jesteśmy na równi pochyłej i zmiana klimatu dotknie nas mocniej niż myślimy teraz. Jestem przekonany, że dowalanie coraz to nowych, chytrych podatków nie jest drogą do dobrobytu i wolnego rynku. W to miejsce pojawi się coraz więcej cwaniactwa, kumoterstwa, kombinatorstwa i emigracji (co zresztą dzieje się już na naszych oczach). Jeśli też nie optymalizujemy systemu dbania o zdrowie psychiczne Polek i Polaków TERAZ, to gwarantuję drodzy (dosłownie) politycy – do 2025 roku obudzimy się z ręką w nocniku jeśli chodzi o liczbę depresji i potężne kolejki do specjalistów w tym zakresie!
Prawo kumulacji! Nasze mózgi wolą BigMaca teraz, niż mozolny wysiłek codziennie by na wakacje nie wyglądać jak hipopotam. Wiemy to od Noblisty R. Thalera. Rozumiem to i sam jestem czasem ofiarą swojej biologii. Ale drodzy politycy – Wy chyba macie tam kasę na zatrudnienie analityków, futurologów i specjalistów – w końcu bierzecie z naszych przychodów absurdalnie dużo!!! Czemu nie inwestujecie mądrzej w ten kraj dziś, by z roku na rok był lepszym miejscem do życia? Czy tam nie ma nikogo kumatego i moralnego, żeby to zauważyć???
Wrr…
Jakub B. Bączek
Poduszka finansowa

Poduszka finansowa

Drodzy przedsiębiorcy,
znam powiedzenie “Mądry Polak po szkodzie”, ale mimo wszystko się narażę i zachęcę nas wszystkich do…

1. Nie konsumowania dostępnych pieniędzy firmy, nawet w dobrym okresie. Każdy z nas może teraz poczuć, jakim skarbem jest mieć cash flow i nadwyżkę finansową na koncie… Oh wait! Nie każdy:/

2. Dywersyfikowania źródeł przychodu. Jeśli jest tylko jedno źródło, w dodatku podatne na nastroje gospodarcze lub polityczne to siedzimy na gałęzi, która może rypnąć…

3. Posiadania przynajmniej jednej nieruchomości pod wynajem (jako przychód tzw. “pasywny”). Na trudne momenty, taki zasób jest skuteczniejszy w kontekście mocnego snu niż nawet najlepsza pigułka nasenna…

4. Budowania uczciwych i głębokich relacji ze swoimi pracownikami. Jeśli bowiem dotychczas robiłeś/aś im na złość – w trakcie kryzysu wróci to do Ciebie po stokroć!

5. Posiadania przynajmniej części zarobków w Internecie (e-booki, kursy on-line, płatne konsultacje SKYPE, abonamenty, content-page, e-commerce itd.).

Po co teraz o tym mówić? Bo wierzę, że ten kryzys się skończy. Prędzej czy później, ale się skończy. Za jakiś czas znów pewnie wpadniemy w osławioną na płytkich szkoleniach “strefę komfortu” i… pojawi się kryzys kolejny (tak to już jest).

Dlatego już teraz – póki nasza motywacja jest zasilana niepokojem (a oby), tworzyłbym procedury na budowanie poduszki finansowej, planował dywersyfikację, szukał nieruchomości, poprawiał relacje z pracownikami i szukał platformy do zarabiania on-line.

Nie tyle, że warto…

Trzeba!

Jakub B. Bączek
Trener Mentalny

10 produktów najbliższej przyszłości wg Samsunga

10 produktów najbliższej przyszłości wg Samsunga

1. Zmiana wody morskiej na wodę pitną – wyobraź sobie, że biegniesz po plaży. Pragnienie daje się we znaki więc zatrzymujesz się, wyciągasz z plecaczka specjalny bidon, napełniasz go słoną wodą morską, a za kilka minut możesz ugasić pragnienie czystą wodą słodką.

2. Lodówki z ekranem do zakupów on-line – wyobraź sobie, że kiedy dotkniesz drzwiczek swojej lodówki, staną się one przeźroczyste. Zobaczysz więc co znajduje się w środku nawet bez otwierania lodówki, a na ekranie możesz wybrać, które produkty zamówić w sklepie on-line. A jeśli jesteś już w markecie i nie pamiętasz, co trzeba uzupełnić, lodówka wyśle Ci zdjęcie tego, co znajduje się w środku.

3. Lustra z wyświetlaczem parametrów zdrowotnych – wyobraź sobie, że myjesz zęby, a Twoje lustro informuje Cię o liczbie przespanych godzin, głębokości i jakości snu, tętnie i ciśnieniu. Wszystko to odbywa się na podstawie obliczeń z opaski, którą masz na nadgarstku, kiedy śpisz. Lustro zasugeruje Ci też ilość kroków, które należy dziś zrobić, a nawet… suplementy, które można zamówić od razu, klikając w ich wizualizacje na lustrze.

4. Samochody autonomiczne na prąd i ich bezprzewodowe ładowanie – wyobraź sobie, że w drodze do pracy drzemiesz sobie jeszcze na tylnej kanapie swojego auta. Spokojnie, jest to samochód autonomiczny, więc prowadzi się sam i jest znacznie bezpieczniejszy niż maszyna prowadzona przez człowieka. A kiedy już dojedziesz do pracy, parkujesz nad bezprzewodowym portem, który naładuje Twoje auto prądem, by było gotowe odwieźć Cię do domu.

5. Wirtualne przymierzalnie odzieży i make-upu – wyobraź sobie, że jesteś w sklepie z ciuchami lub u kosmetyczki. Ale nie musisz się przebierać, żeby sprawdzić, jak wyglądasz w najnowszej kolekcji. Wystarczy, że staniesz przed specjalnym lustrem, które wyświetli Ci wizualizację Twojego ciała z ubranym swetrem lub nałożonym make-upem. Oczywiście zobaczysz też cenę i wystarczy kliknąć w lustro, żeby dodać dany produkt do Twojego koszyka zamówień.

6. Soczewki kontaktowe z wyświetlaczem danych – wyobraź sobie, że jesteś w muzeum, a Twoje soczewki kontaktowe wyświetlają rok powstania i autora dzieła sztuki, na które patrzysz. A kiedy wychodzisz, za pomocą strzałek, które widzisz na swojej soczewce trafiasz z powrotem do auta – nie musisz więc pamiętać, gdzie parkujesz.

7. Wyświetlacz rozmowy telefonicznej na przedniej szybie auta – wyobraź sobie, że dzwonisz do córki albo taty w trakcie jazdy autem. Zaraz się zobaczycie! Komputer wyświetli na przedniej szybie ukochana postać i możecie śmiało porozmawiać na żywo. Nie martw się – samochód zadba o Twoje bezpieczeństwo. Nie musisz nawet trzymać kierownicy rozmawiając z bliskimi.

8. Tkaniny zmieniające kolor – wyobraź sobie, że Twoja czarna kurtka trochę Cię nudzi. Na szczęście jest wykonana ze specjalnej tkaniny, która może być niebieska przy kolejnym wyjściu na miasto.

9. Nieśmiertelne wspomnienia – wyobraź sobie, że zamiast zdjęć z wakacji, masz w ręku pilota. Klikasz w odpowiedni guzik, a na ścianie Twojego apartamentu wyświetla się nagranie z Twoich soczewek lub ze smartphone’a, kiedy byliście z rodziną na wakacjach w Albanii. Wszystko w jakości HD więc czujesz, że znów jesteś w miejscu wspomnień.

10. Mobilne monitorowanie zdrowia mentalnego – wyobraź sobie, że Twój nastrój można zmierzyć i specjalna aplikacja informuje Cię, że za dużo pracujesz, za dużo się martwisz lub że potrzebujesz wizyty u swojego trenera mentalnego. Wystarczy, że klikniesz w odpowiedni przycisk i już trafiasz do mojego kalendarza. Po wizycie, z Twojego telefonu zostanie pobrana płatność, a faktura ze sesję pojawi się na komputerze Twojej księgowej automatycznie. Wszak zdrowie psychiczne będzie jednym z największych wyzwań najbliższej dekady. Na szczęście możesz liczyć na zasoby #MentalPower

Science fiction? Prognozy na XXII wiek? Nie! To już się dzieje. Niektóre z tych produktów w fazie prototypów widziałem na własne oczy. Wszystkie inspiracje pochodzą z wizyty w siedzibie firmy Samsung w Korei Południowej. Moją rolą było tylko namalować Ci w głowie odpowiedni obraz mentalny. Jeśli mi się to udało, proszę o udostępnienie. Warto już dziś przygotować się na to, jak nasz świat będzie wyglądał jutro…

Buduj swój zespół za pomocą… JĘZYKA!

Buduj swój zespół za pomocą… JĘZYKA!

Jak rozmawiać ze swoim zespołem, aby osiągać lepsze rezultaty?
Przykłady poniżej.

W 2014 roku byłem odpowiedzialny za przygotowanie mentalne polskich siatkarzy do Mistrzostw Świata. Jednym z zadań, które wyznaczył mi Stephane Antiga, było wzmocnienie więzi w grupie – tak, aby drużyna pracowała efektywniej. Miałem mało czasu, dlatego skupiłem się na pięciu kluczowych obszarach budowania zespołu w koncepcji Patrica Lencioniego.

Wierzę, że zaufanie do współpracowników jest podstawą poczucia bezpieczeństwa. To z kolei wpływa na odwagę działania i kreatywność członków zespołu. Ważna jest też otwartość na dyskusję, ale także konflikty. Nie można zapomnieć o zaangażowaniu i odpowiedzialności, a na koniec – kluczowa kwestia (nie tylko w zespołach sprzedażowych): dążenie do wyników. Te właśnie pięć aspektów chciałem zaimplementować wśród polskich siatkarzy.

Gdyby nie uciekający niemiłosiernie czas, skupiłbym się najbardziej na budowaniu postaw i umiejętności. W warunkach ciągłego zmęczenia, licznych podróży, presji ze strony otoczenia i w kontekście wielojęzykowości grupy, postawiłem jednak na kształtowanie świadomości, pobudzane komunikatami werbalnymi.

I tak powstało kilkanaście komunikatów, które stosowaliśmy ze sztabem szkoleniowym jako swoiste „algorytmy” budowania zespołu. Poniżej podaję po trzy przykłady takich właśnie komunikatów do każdej z cech efektywnego zespołu. Zachęcam menedżerów do ich stosowania w swoich zespołach i obserwowania „chemii w grupie”.

Komunikaty kształtujące zaufanie

„Nie muszę tego sprawdzać, ufam tobie i całemu zespołowi”.
„Widzę, że można wam zaufać – bardzo to sobie cenię w naszym zespole”.
„Zaufanie jest podstawą naszej skuteczności”.
Oczywiście komunikaty tego typu wymagają też odpowiedniej postawy lidera. Czasem będzie nią więc wycofanie się z kontroli, ale czasem kreowanie wyraźnych granic. Moje doświadczenia wskazują, że im więcej mówi się o zaufaniu, tym bardziej jego waga jest uświadomiona wśród członków zespołu. To z kolei może prowadzić do zachowań i postaw, które są przez nas pożądane.

Komunikaty kształtujące otwartość na konflikty

„Możesz mówić co myślisz, w tym zespole jesteśmy otwarci na dyskusję”.
„Chciałbym, żebyście powiedzieli sobie wprost, co czujecie w tej sytuacji”.
„Czasem wolę, żeby było prawdziwie, zamiast miło…”.
Wielu menedżerów boi się wywoływania dyskusji i wchodzenia w emocjonalny kontekst komunikacji. Z drugiej strony, dyplomacja, powierzchowność, a wręcz zakłamywanie rzeczywistości często prowadzą do znacznie gorszych wyników niż otwarta sprzeczka z zachowaniem szacunku. W sporcie, mówienie sobie tego, co się myśli jest na wagę złota (dosłownie…).

Komunikaty kształtujące zaangażowanie

„Jeśli każdy z nas da z siebie o 5% więcej, to ten projekt zakończy się spektakularnym sukcesem”.
„Będę chyba musiał dać z siebie jeszcze więcej, bo i wy dajecie z siebie wszystko”.
„Nasze zaangażowanie przekłada się wprost proporcjonalnie na nasze wyniki”.
Z sukcesem jest jak z drabiną – trudną na nią wejść trzymając ręce w kieszeni. Zastanawiające jest to, że w tak wielu obszarach firmy toleruje się brak zaangażowania niektórych osób. To zaś prowadzi nader często do obniżenia morale całego zespołu. Kolejna sprawa – jeśli zawodnik widzi, że Antiga do drugiej w nocy ogląda mecze rywali w recepcji hotelu, a na następny dzień wstaje o siódmej na odprawę ze sztabem, to naprawdę nie przychodzi mu do głowy, żeby się nie przykładać do treningu.

Komunikaty kształtujące odpowiedzialność

„A co wy uważacie na ten temat?”.
„Każdy z was jest w równym stopniu odpowiedzialny za ten projekt”.
„Cenię sobie w was to, że potraficie wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje”.
Ci liderzy, którzy mają kłopot z delegowaniem i są przekonani, że szybciej zrobią coś sami, niż przekażą to pracownikowi, mogą mieć kłopot z tym obszarem. Tymczasem, jest on jednym z kluczowych i im większa firma, tym jest ważniejszy. Delegowanie nie tylko zdań, ale i uprawnień daje liderowi szanse na zarządzanie strategiczne, zamiast zmuszać go do mikrozarządzania i tak zwanej „bieżączki”.

Komunikaty kształtujące dążenie do wyników:

„Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
„Realizacja tego celu jest na wyciągnięcie ręki”.
„Pomyślcie jak dumni będziemy wszyscy, kiedy ten projekt zakończy się sukcesem”.
Daleki jestem od promowania tu patosu czy podawania przykładów truizmów motywacyjnych. Niemniej powyższe zdania, wypowiedziane w odpowiednim (często też emocjonalnym) momencie może uskrzydlić zespół. Zarówno w sporcie, jak i w biznesie, pojawiają się tak zwane okienka percepcyjne, w których nawet największy banał („dasz radę”) może mieć moc sprawczą do korekty zachowania czy postawy.

Przykładów tego typu algorytmów może być bardzo wiele. Nie o ich ilość jednak nam chodzi, a o jakość i odpowiedni moment do zastosowania. Sztab szkoleniowy w drużynie sportowej czy lider w zespole sprzedażowym może poprzez słowa i tak zwany punkt referencyjny (opisywany dokładniej przez profesora P. Zielonkę), wpływać na świadomość członków zespołu. Może więc oddziaływać na zachowania i postawy.

Mam świadomość, że to głównie ciężka praca siatkarzy na treningach doprowadziła do Mistrzostwa Świata. Niemniej trenując podobnie do Brazylijczyków, jedząc praktycznie to samo i opierając analizy statystyczne na tym samym programie komputerowym, kluczowe były detale, które mogły dać nam zwycięstwo na mundialu. Z opinii samego trenera, a także zawodników i dziennikarzy, „team spirit” nie był bez znaczenia.
A ten często zaczyna się od komunikatów używanych przez lidera.

Zapraszamy Cię do grupy na Facebooku – Mistrzowski Zespół w 90 dni!

Sposoby na efektywność osobistą

Sposoby na efektywność osobistą

Uważam, że ludzie mniej by się przejmowali tym, co inni powiedzą na ich temat, gdyby wiedzieli, jak RZADKO inni nas oceniają… Być może zdarzyła Ci się kiedyś sytuacja, w której miałaś/eś poczucie, że „Zrobiłam/em z siebie idiotkę/tę!”. Ale wiesz co? Z moich doświadczeń w pracy jeden na jeden ze sportowcami, biznesmenami i osobami na zakrętach życiowych wynika, że istnieją bardzo dobre metody na to, żeby mniej się przejmować tym, co ludzie powiedzą.

2 z nich poniżej:

1.Nie oczekuj, że wszyscy będą Cię lubić.
Sam nie wszystkich lubisz, prawda? Więc nie oczekuj, że wszyscy będą lubić Ciebie! Ja mam paru polityków, którzy mnie drażnią (nie zdradzę, którzy to), mam wielu aktorów, których średnio lubię i nawet mam paru takich Klientów, których wolałbym nie mieć. Tak! Niektórych ludzi nie lubię.

I wiedząc to, wiem też, że podobnie to działa w moją stronę. Dla Ciebie może moje książki są warte refleksji, ale dla ludzi z grupy „Zdelegalizować rozwój osobisty” jestem pewnie niewykształconym debilem, który wciska ludziom kit. No dobra! Oni mnie nie lubią, po prostu. Będą mnie hejtować bez względu na to, czy udowodnię, że moja praca dla wielu ludzi ma sens, czy też nie. Więc… rozsądniej jest mi to olać, niż się tym smucić. Tak już jest. Ty też nie spodobasz się wszystkim (niestety). Więc nie próbuj. W końcu też niektórych nie lubisz, prawda?

2.Usuwaj lub przestań obserwować aktywność ludzi, którzy psują Ci energię w social media.

Mam w znajomych na Facebooku osoby, które piszą wiele agresywnych, ksenofobicznych i wkurzających mnie treści. To znaczy… miałem. Zauważyłem, że od kiedy przestałem ich obserwować (jednym kliknięciem możesz to zrobić z kimkolwiek), Facebook „zjada” mi mniej energii. Kiedyś tylko 50% postów na mojej tablicy było dla mnie fajnych i rozwijających. Reszta mnie wręcz wkurzała. Teraz, wskutek usuwania lub ograniczania dostępu do mojej świadomości ludzi z innej planety niż ja sam, mam na tablicy 90% pozytywnych rzeczy. Napisałem kiedyś taki tekst popularnonaukowy, że jakaś informacja staje się składnikiem naszego myślenia dopiero wtedy, kiedy dotrze do naszych receptorów zmysłowych. Ergo – jeśli nie dotrze, to nie wywołuje emocji! Blokuję gniewnych ludzi, wywalam politykę z Facebooka (bo nie lubię) i nie czytam newsletterów i spamów akwizytorów, a tym samym, na swojej diecie nisko informacyjnej czuję się mniej „przejedzony” i bez wzdęć. Nie mówiąc już o tym, że nie zwracam uwagi na to, co ci ludzie chcieliby powiedzieć na mój temat (no dobra, czasem zdarza mi się zwracać, ale staram się to zdrowo reglamentować).

Śmiali się, kiedy wprowadzałem te 7 zasad. Potem nazwali moje firmy fenomenem…

Śmiali się, kiedy wprowadzałem te 7 zasad. Potem nazwali moje firmy fenomenem…

Za kilka miesięcy „stuknie mi” 10 lat w przedsiębiorczości. Z jednej strony dużo, bo nie jestem typem faceta, który zaakceptowałby rutynę, a z drugiej strony mało, bo wciąż przychodzą mi do głowy nowe pomysły i wizje. Jedno jest pewne: nie interesują mnie konformistyczne normy. I dlatego to co robię często spotykało się ze zdziwieniem, krytyką, a nawet pukaniem się w czoło przez „specjalistów”. Wyniki jednak przemawiają głośniej niż deklaracje więc wysypiam się głęboko i wstaję w dobrym humorze. Mimo że część ludzi nazywa mnie biznesowym dziwakiem.

1.Nienormowany czas pracy, czyli dlaczego lubię sprytnych a nawet leniwych ludzi

8-godzinny, efektywny czas pracy od poniedziałku do piątku to fikcja. Badania zebrane i opisane w książce „Taka praca nie ma sensu” wskazują, że ludzie utrzymują fokus najwyżej przez 6 godzin, a są i tacy, którzy robią coś sensownego w swoich firmach tylko przez 2 godziny dziennie. Być może dlatego Szwecja rozważa rewolucyjną zmianę w stronę 6-godzinnych dniówek. Ja poszedłem jeszcze dalej i to zanim wpadły mi do ręki badania na ten temat. Od 2009 roku, kiedy zakładałem STAGEMAN żaden z pracowników nie musiał siedzieć w biurze (którego zresztą przez pierwsze 8 lat prowadzenia biznesu nie mieliśmy) od 8:00 do 16:00.

Spotykałem się ze swoim zespołem co miesiąc lub raz na rok, by spytać ich o efekty, a to czy pracowali godzinę dziennie czy dwanaście mnie nie interesowało. Taki format pracy jest u nas tradycją i dopiero w tym roku nowo zatrudniony pracownik poprosił mnie o możliwość pracy od 7:00 do 15:00. Odparłem, żeby zrobił jak uważa i trochę się zdziwiłem bo była to pierwsza tego typu prośba od niemalże 10 lat w moich firmach…

A czemu lubię współpracować z osobami sprytnymi, a nawet czasem leniwymi? Bo zazwyczaj wymyślają metody na zrobienie czegoś dużo szybciej niż sądzi rynek i po wprowadzeniu tego jako standard zwiększymy liczbę spraw, które jesteśmy w stanie ogarnąć w ciągu godziny konkretnego działania. Lepsza godzina konkretów a potem zabawa z dziećmi niż 8 godzin przy biurku z pozorami zapracowania.

2. Spotkania to zazwyczaj strata czasu!

Pamiętam, że kiedy współorganizowaliśmy Euro 2012 w Polsce, UEFA wymagała ode mnie wielu spotkań. Na tych spotkaniach rozmawialiśmy o tym czym się kto zajmuje (5 minut x 8 osób w pokoju = 40 minut), o tym po co się spotkaliśmy (kolejne 10 minut), o tym co tak naprawdę chcemy zrobić (5 minut) i z podsumowania (o zgrozo, 5 minut na powtarzanie tego, co już powiedzieliśmy). Szybko zorientowałem się, że takie godzinne spotkanie można by równie dobrze załatwić pojedynczym mailem. Zacząłem więc unikać spotkań jak ognia i robię tak do dziś.

Oczywiście zdarzają mi się spotkania w mojej firmie i zdarza się, że z jakiegoś spotkania wychodzę naprawdę zainspirowany i zmotywowany, ale w większości przypadków sprawdza mi się e-mail, telefon, ostatecznie SKYPE lub… nieodebranie telefonu, które najczęściej skutkuje tym, że pracownik sam znajduje rozwiązanie, a jak do niego oddzwaniam po 2 dniach mówi: „a już nic szefie, poradziłem sobie”.

Zresztą spytajcie moich trenerów animacyjnych, Emilkę lub Tomka, ile razy w roku się spotykamy, żeby dobrze funkcjonować. Nie zdziwcie się tylko jeśli usłyszycie, że widzą Kubę raz… do roku. Co nie przeszkadza nam utrzymywać od wielu lat najwyższej w Polsce jakości szkoleń dla animatorów czasu wolnego. A jeśli i to Cię nie przekonuje to wejdź na expensivemeeting.com i zobacz kalkulator, który przelicza ilość straconych przez firmę pieniędzy na przydługim spotkaniu – otwiera oczy!

3. Pieniądze z zewnątrz? O nie!

Znam wielu start-uperów i doradzam wielu firmom. Zbyt częste jest w nich podejście: „poszukajmy finansowania zewnętrznego”. Uważam, że powinien to być dla Ciebie plan D. Nie plan B, a nawet nie plan C. Pieniądze z zewnątrz to dla mnie ostateczność i przez 10 lat nie użyłem ich ani razu, pomimo, że startowałem od zera w portfelu.

Moja awersja do inwestorów czy kredytodawców wynika z tego, że zakładając firmę chciałem być jej szefem. Bycie szefem wiążę się w moim światopoglądzie z niezależnością, samodzielnością i decyzyjnością. A spróbuj czuć się niezależny kiedy inwestor każe Ci przykręcić kurek z wydatkami na szkolenie Twoich ludzi. Spróbuj poczuć samodzielność, kiedy bank wysyła Ci monity o zaległej racie kredytu. I spróbuj poczuć decyzyjność, kiedy współwłaściciel firmy nie zgadza się z Twoją wizją rozwoju. Uff… To nie dla mnie.

I chociaż dostałem już 2 poważne propozycje zakupu udziałów w moich firmach (z czego na tej drugiej wzbogaciłbym się o kilka milionów złotych), odmówiłem bo nie czułbym się przedsiębiorcą, gdybym musiał się komuś spowiadać ze swoich decyzji…

4. Tradycyjny marketing jest… przereklamowany

Do dziś nie dorobiłem się w swojej firmie wizytówek. Nawet gdybym miał, nie rozdawałbym ich na biznesowych śniadaniach i nie wciskał na lotnisku ludziom, którzy zapytali o godzinę. Nie mam też reklam w telewizji, billboardów, a mailing zdarza mi się wysłać w swoich firmach mniej więcej raz na rok (przy czym na początku działalności nie wysyłałem ich wcale, nie wierzę zresztą, że mailing może wygenerować solidną sprzedaż). Krótko mówiąc, tradycyjny marketing to według mnie strata pieniędzy i czasu.

Nie jestem też fanem marketingowców. Moje doświadczenia wskazują, że im bardziej marketingowiec wylansowany jest w mediach, tym mniej zna się na marketingu. Jak zresztą ma się na nim znać skoro zapieprza po całej Polsce z konferencji na konferencje, po drodze cykając sobie selfie? Poznałem już „fachowca” od LIVE’ów, który nie odpisywał na maile tygodniami, a na swoich LIVE miał po… 100 osób (sic!). Poznałem już „fachowca” od marketingu internetowego, który wziął pieniądze za to, żeby zlecić mi 90% swojej roboty. I poznałem marketingowego guru, który napisał nam kilka tekstów, rzekomo copywriterskich, na stronę www i najmniejszym problemem były w tej współpracy błędy ortograficzne. Znacznie gorsze było to, że teksty gwałtownie obniżyły nam sprzedaż i nie trzymały się kupy.

Są jednak obszary, w które wierzę. Długotrwałe dzielenie się wiedzą na social media zwiększa sprzedaż. Marketing partyzancki zwiększa rozpoznawalność. A marketing szeptany zwiększa wiarygodność. Chciałem o tym powiedzieć na autorskim szkoleniu, które ryzykowanie nazwałem „Marketing przez osmozę” (ok, zgadzam się, nazwa jest trochę z dupy, ale merytoryka zrobiła by na Was wrażenie). Skończyło się na tym, że dostałem falę hejtu od branży marketingowej, a najgłośniej ujadał „ekspert” który ma 3 000 fanów na Face (u mniej jest teraz ok. 190 000).

5. Sprzedaż zanim powstanie produkt

Ryzykuję, ale otwartość jest dla mnie ważna: większość produktów i usług nie istniało jeszcze w moich firmach kiedy zaczynaliśmy je sprzedawać. Nazywam to „sprzedażą próbną”. W przypadku książki wygląda to tak, że zaczynam ją pisać, dochodzę mniej więcej do połowy, robię przedsprzedaż (jasno komunikując, że książki zaczniemy wysyłać za miesiąc i że to jest powodem dużej zniżki) i… zarabiam na produkcie, którego jeszcze nie ma. Skutek? Motywacja do dokończenia książki podnosi mi się dziesięciokrotnie. A druk wykonuję za pieniądze klientów. Głupio byłoby wydać 10 000 sztuk książki, a potem przekonać się, że nikt nie jest nią zainteresowany. Wolę więc sprzedać najpierw 1 000 sztuk w przedsprzedaży i za zarobione pieniądze później wydrukować 10 000…

Nie wiem jak Ty, ale dla mnie ważny jest spokojny sen. Zazwyczaj nie lubię też stresu (wyjątek stanowią Mistrzostwa Świata w siatkówce gdzie graliśmy 6 tie-breaków na 13 meczów, a w finale przegraliśmy pierwszy set z Brazylią – tam jakoś ten stres mi odpowiadał). Dlatego też nie inwestuję pieniędzy w coś, co może się nie udać. Chętnie za to inwestuję pieniądze w coś, co się już sprzedało. To bowiem oznacza spokojny sen.

Na koniec tego punktu zachęcam Cię do równie nietypowego podejścia: dużo dawaj za darmo. Nasza spółka #MentalPower (inne zresztą też) jest dowodem na to, że jeśli rozda się dużo wiedzy, podzieli się z ludźmi energią, inspiracją i pomysłami, Twoje przyszłe usługi zaczną się sprzedawać same, zanim jeszcze trzeba będzie je logistycznie zorganizować. Na przykładzie „Akademii Trenerów Mentalnych” wiem, że nie trzeba było inwestować w reklamę. Nie trzeba było też wydawać kasy na organizację. Najpierw cierpliwie dawaliśmy, dawaliśmy i dawaliśmy, a później ludzie zapisali się sami i z zaliczek dopiero zarezerwowaliśmy sale i catering, a z późniejszych wpłat opłacaliśmy gości i wykładowców, takich jak Stephane Antiga czy Profesor Blikle. Spójrz też na przykład Michała Szafrańskiego – kilka lat dawał coś za darmo, a potem za pieniądze czytelników wydał książkę, na której zarobił kilka milionów złotych!

6. Naśladownictwo to często przejaw głupoty

Kiedy słyszę, że ktoś nazywa siebie „polskim Garym Vaynerchikiem” to dziwię się tej osobie. Dlaczego? Bo człowiek tym nie jest ani Vaynerchukiem, ani też nie jest już sobą. Gary Vaynerchuk jest tylko jeden, a naśladowanie go to mentalne lenistwo. Buduj swoją markę i swoją firmę. Nie buduj podróbki czegoś, co już istnieje.

Oczywiście trudniej jest dziś wymyślić coś nowego niż dawniej. Każdy z nas inspiruje się – świadomie lub nie – tym co już widział, czytał czy doświadczył. Warto jednak pozostać refleksyjnym, krytycznym i autentycznym, żeby nie stracić siebie w gąszczu plagiatorów. A że plagiat otacza nas ze wszech stron to chyba wszyscy wiemy. Moja animacyjna firma STAGEMAN ma plagiatorkę z Krakowa (pozdrawiam), która kopiuje nie tylko nasze usługi i hasła reklamowe, ale nawet skopiowała bez przypisów fragment mojej książki o animacji czasu wolnego w swojej publikacji. Zdarza się, ale przyznasz chyba, że jest to słabe. Żeby nie użyć tu innego słowa…

Jeśli ktoś jest na tyle głupi, że nie potrafi stworzyć swojego produktu lub swojej usługi bez kradzieży własności intelektualnej innych osób to nie powinien w ogóle zakładać firmy. Da się pewnie zarobić na podróbkach, Chińczycy coś o tym wiedzą, ale super też spojrzeć sobie z czystym sumieniem w lustro. Nie mówiąc już o tym, że współcześni konsumenci lubią nowatorskie i „świeże” rozwiązania. Dlatego tworząc JBB, STAGEMAN, #MentalPower czy WakacjeWSarandzie.pl nie starałem się wejść do branży wysokokonkurencyjnej. Zamiast tego tworzyłem nisze. A jeśli ktoś przepisuje moje książki to mogę uznać to po prostu za komplement.

7. Unikaj doradców, chyba że stać Cię na piłowanie gałęzi na której siedzisz

Bycie przedsiębiorcą wymaga wizji. Masz jakiś pomysł i swój sposób działania. Jeśli w coś bardzo mocno wierzysz, masz serce, pragniesz dla swoich klientów czegoś „wow” i pracujesz ciężko, wszystko zaczyna się układać. Przychodzi jednak taki moment, że spotykasz się ze ścianą (spokojnie, każdego z nas to dotyczy). I zaczynasz szukać doradców. I to jest najczęściej bardzo zły pomysł!

Pamiętam jak tworzyłem w Europie sieć franczyzową STAGEMAN. Pierwsi kandydaci na franczyzobiorców pojawili się w Austrii, na Słowacji i na Litwie. Usiadłem więc do biurka i napisałem umowę franczyzową z wszelkimi warunkami. Kiedy dowiedział się o tym znajomy prawnik, krzyknął, że chyba oszalałem i że on się tym zajmie. W tamtym momencie miałem już podpisane 2 „swoje” umowy. On napisał trzecią, swoim prawniczym językiem. Skutek był taki, że kandydaci wystraszyli się i uciekli. Powiedziałem wtedy ów prawnikowi: „Nie sztuką jest napisać dobrą umowę franczyzową. Sztuką jest umowę franczyzową podpisać”. I ta zasada odnosi się do wielu doradców. Nie sztuką jest opowiadać o tym, jak powinny wyglądać księgi rachunkowe firmy. Sztuką jest zarabiać pieniądze na świetnych pomysłach i nie obawiać się kontroli z ZUS. Nie sztuką jest przeprowadzić wykład z obsługi klienta. Sztuką jest klientów polubić i wtedy obsługa samoczynnie wchodzi na inny level. Nie sztuką jest zgłosić się do prawnika, księgowej, marketingowca czy grafika. Sztuką jest mieć wizję, której się nie straci po poradach kogoś, komu nie zależy na Twojej firmie, tylko na Twoich pieniądzach.

Oczywiście pewne rzeczy trzeba outsourcować bo się człowiek nie rozerwie. Ja też używam usług księgowych, graficznych, a czasami także prawniczych (o zgrozo!). Wizję jednak wyznaczam ja i pozostaję krytyczny oraz refleksyjny do tego co mówią mi doradcy. Jeśli to oni zaczną podejmować ważne decyzję to gałąź na której siedzę może runąć z hukiem…

 

Wiem, że ten tekst może wywołać hejt. Czuję jednak, że lepszym pomysłem jest pozostanie sobą niż próba zadowolenia wszystkich wokół. Wiem, że ktoś może mnie nazwać po tym tekście arogantem. Wolę jednak być pewnym siebie przedsiębiorcą, który wierzy w swoje wartości i w swoją wizję niż chorągiewką na wietrze konformizmu. Wiem, że znajdzie się wielu, którzy będą się pukać w czoło na moje pomysły. Spoko, jestem przyzwyczajony. Wielu moich krytyków (choć oczywiście nie wszyscy) po latach nazywało moje firmy fenomenem. To mocna motywacja do robienia swojego. A nawet jeśli zdarzy mi się oberwać od krytykantów z tytułem MBA że to nienaukowe, nie potwierdzone badaniami, że to czysty fuks – ok, przeżyję. Jeśli wejdziesz na www.stageman.pl czy www.jakubbbaczek.pl czy www.mental-power.pl czy www.wakacjewsarandzie.pl to może faktycznie, nie znajdziesz tam typowych czy opisanych w polskich książkach z lat 80. metod prowadzenia biznesu. Znajdziesz jednak grupy pasjonatów, którzy robią swoje i najczęściej w swoich branżach są liderem rynku…

Jakub B. Bączek
Autor bestsellera EMPIK i Storytel: “Zarobić milion, idąc pod prąd”