Hong Kong

Hong Kong

Hong Kong – zdecydowanie jedna z ciekawszych mini-emerytur w ostatnich latach. Bardzo, bardzo polecam. A dla inspiracji, w kilku punktach, subiektywne obserwacje:

  1. Ponad 6 000 osób na km2 – jest więc gęsto:) Dlatego budynki buduje się w górę (nawet 50-piętrowe bloki mieszkalne) bo nie da się zwiększyć powierzchni w szerz. Daje to ciekawy efekt miejskiej dżungli, wypełnionej tłumem ludzi.
  2. Hong Kong to niby Chiny ale z wolnością wyznaniową, dużą niezależnością i przede wszystkim z rysem angielskim (bo jeszcze niedawno była to posiadłość brytyjska). Jeździ się po lewej stronie i prawie każdy mówi dobrze po angielsku.
  3. Super pokaz laserów, świateł i instalacji na budynkach o godzinie 20:00 (bezpłatnie). Najlepszy widok z Golden Bauhinia Square – bardzo polecam.
  4. Czyste, zorganizowane i przyjazne metro. Kilka linii, super oznaczone, karta “Octopus” zamiast biletów ułatwia życie. W godzinach szczytu trzeba czekać aż się wejdzie do wagonu bo taka kolejka, ale pociągi odjeżdżają co 2 minuty więc spoko.
  5. Hotel Cordis – jeden z najlepszych w jakich spałem kiedykolwiek. Nie był tani (ok. 1000 zł / noc) ale zdecydowanie wart swojej ceny. Śniadania, business lounge i obsługa na światowym poziomie.
  6. Nigdy nie zapomnę pływania w basenie na 42 piętrze, pod gołym niebem, w trakcie ciepłego deszczu, w środku nocy. Woooooow! Ależ to był moment. Dla takich warto żyć:)))))
  7. Na ulicach i w parkach ludzie kochają ciupać w Madżonga – znacie pewnie tą grę z komputerów. Znacznie ciekawiej jest z prawdziwymi “kamieniami”.
  8. Tylko godzina szybką łodzią do Makau, światowej stolicy hazardu, z genialnym Casino Lisboa (opowiem kiedy indziej, jak się odważę:p). Poczułem się trochę jak James Bond:)
  9. Warto zgubić się w “Hong Kong Parku” – jest pięknie. Pośród szklanych i stalowych monumentów architektury: kaczki, żółwie, flamingi, wodospad i przepiękne ogrody, Mógłbym tam siedzieć i czytać godzinami, ale… trochę gorąco:)
  10. Bilet w obie strony kupiłem za 1 600 zł, z Warszawy, przez Pekin. Można taniej ale to było dobre połączenie i o dziwo tym razem bardzo dobre jedzenie w Air China – polecam!

Generalnie daję mocne 9/10. Bardzo polecam!

PS. Podróżujcie więcej. Choćby autostopem lub pociągiem po Polsce. Albo dzięki tanim biletom RyanAir czy WizzAir. Podróże są wielką wartością. Warto gromadzić momenty, nie pieniądze!

Śmiali się, kiedy wprowadzałem te 7 zasad. Potem nazwali moje firmy fenomenem…

Śmiali się, kiedy wprowadzałem te 7 zasad. Potem nazwali moje firmy fenomenem…

Za kilka miesięcy „stuknie mi” 10 lat w przedsiębiorczości. Z jednej strony dużo, bo nie jestem typem faceta, który zaakceptowałby rutynę, a z drugiej strony mało, bo wciąż przychodzą mi do głowy nowe pomysły i wizje. Jedno jest pewne: nie interesują mnie konformistyczne normy. I dlatego to co robię często spotykało się ze zdziwieniem, krytyką, a nawet pukaniem się w czoło przez „specjalistów”. Wyniki jednak przemawiają głośniej niż deklaracje więc wysypiam się głęboko i wstaję w dobrym humorze. Mimo że część ludzi nazywa mnie biznesowym dziwakiem.

1.Nienormowany czas pracy, czyli dlaczego lubię sprytnych a nawet leniwych ludzi

8-godzinny, efektywny czas pracy od poniedziałku do piątku to fikcja. Badania zebrane i opisane w książce „Taka praca nie ma sensu” wskazują, że ludzie utrzymują fokus najwyżej przez 6 godzin, a są i tacy, którzy robią coś sensownego w swoich firmach tylko przez 2 godziny dziennie. Być może dlatego Szwecja rozważa rewolucyjną zmianę w stronę 6-godzinnych dniówek. Ja poszedłem jeszcze dalej i to zanim wpadły mi do ręki badania na ten temat. Od 2009 roku, kiedy zakładałem STAGEMAN żaden z pracowników nie musiał siedzieć w biurze (którego zresztą przez pierwsze 8 lat prowadzenia biznesu nie mieliśmy) od 8:00 do 16:00.

Spotykałem się ze swoim zespołem co miesiąc lub raz na rok, by spytać ich o efekty, a to czy pracowali godzinę dziennie czy dwanaście mnie nie interesowało. Taki format pracy jest u nas tradycją i dopiero w tym roku nowo zatrudniony pracownik poprosił mnie o możliwość pracy od 7:00 do 15:00. Odparłem, żeby zrobił jak uważa i trochę się zdziwiłem bo była to pierwsza tego typu prośba od niemalże 10 lat w moich firmach…

A czemu lubię współpracować z osobami sprytnymi, a nawet czasem leniwymi? Bo zazwyczaj wymyślają metody na zrobienie czegoś dużo szybciej niż sądzi rynek i po wprowadzeniu tego jako standard zwiększymy liczbę spraw, które jesteśmy w stanie ogarnąć w ciągu godziny konkretnego działania. Lepsza godzina konkretów a potem zabawa z dziećmi niż 8 godzin przy biurku z pozorami zapracowania.

2. Spotkania to zazwyczaj strata czasu!

Pamiętam, że kiedy współorganizowaliśmy Euro 2012 w Polsce, UEFA wymagała ode mnie wielu spotkań. Na tych spotkaniach rozmawialiśmy o tym czym się kto zajmuje (5 minut x 8 osób w pokoju = 40 minut), o tym po co się spotkaliśmy (kolejne 10 minut), o tym co tak naprawdę chcemy zrobić (5 minut) i z podsumowania (o zgrozo, 5 minut na powtarzanie tego, co już powiedzieliśmy). Szybko zorientowałem się, że takie godzinne spotkanie można by równie dobrze załatwić pojedynczym mailem. Zacząłem więc unikać spotkań jak ognia i robię tak do dziś.

Oczywiście zdarzają mi się spotkania w mojej firmie i zdarza się, że z jakiegoś spotkania wychodzę naprawdę zainspirowany i zmotywowany, ale w większości przypadków sprawdza mi się e-mail, telefon, ostatecznie SKYPE lub… nieodebranie telefonu, które najczęściej skutkuje tym, że pracownik sam znajduje rozwiązanie, a jak do niego oddzwaniam po 2 dniach mówi: „a już nic szefie, poradziłem sobie”.

Zresztą spytajcie moich trenerów animacyjnych, Emilkę lub Tomka, ile razy w roku się spotykamy, żeby dobrze funkcjonować. Nie zdziwcie się tylko jeśli usłyszycie, że widzą Kubę raz… do roku. Co nie przeszkadza nam utrzymywać od wielu lat najwyższej w Polsce jakości szkoleń dla animatorów czasu wolnego. A jeśli i to Cię nie przekonuje to wejdź na expensivemeeting.com i zobacz kalkulator, który przelicza ilość straconych przez firmę pieniędzy na przydługim spotkaniu – otwiera oczy!

3. Pieniądze z zewnątrz? O nie!

Znam wielu start-uperów i doradzam wielu firmom. Zbyt częste jest w nich podejście: „poszukajmy finansowania zewnętrznego”. Uważam, że powinien to być dla Ciebie plan D. Nie plan B, a nawet nie plan C. Pieniądze z zewnątrz to dla mnie ostateczność i przez 10 lat nie użyłem ich ani razu, pomimo, że startowałem od zera w portfelu.

Moja awersja do inwestorów czy kredytodawców wynika z tego, że zakładając firmę chciałem być jej szefem. Bycie szefem wiążę się w moim światopoglądzie z niezależnością, samodzielnością i decyzyjnością. A spróbuj czuć się niezależny kiedy inwestor każe Ci przykręcić kurek z wydatkami na szkolenie Twoich ludzi. Spróbuj poczuć samodzielność, kiedy bank wysyła Ci monity o zaległej racie kredytu. I spróbuj poczuć decyzyjność, kiedy współwłaściciel firmy nie zgadza się z Twoją wizją rozwoju. Uff… To nie dla mnie.

I chociaż dostałem już 2 poważne propozycje zakupu udziałów w moich firmach (z czego na tej drugiej wzbogaciłbym się o kilka milionów złotych), odmówiłem bo nie czułbym się przedsiębiorcą, gdybym musiał się komuś spowiadać ze swoich decyzji…

4. Tradycyjny marketing jest… przereklamowany

Do dziś nie dorobiłem się w swojej firmie wizytówek. Nawet gdybym miał, nie rozdawałbym ich na biznesowych śniadaniach i nie wciskał na lotnisku ludziom, którzy zapytali o godzinę. Nie mam też reklam w telewizji, billboardów, a mailing zdarza mi się wysłać w swoich firmach mniej więcej raz na rok (przy czym na początku działalności nie wysyłałem ich wcale, nie wierzę zresztą, że mailing może wygenerować solidną sprzedaż). Krótko mówiąc, tradycyjny marketing to według mnie strata pieniędzy i czasu.

Nie jestem też fanem marketingowców. Moje doświadczenia wskazują, że im bardziej marketingowiec wylansowany jest w mediach, tym mniej zna się na marketingu. Jak zresztą ma się na nim znać skoro zapieprza po całej Polsce z konferencji na konferencje, po drodze cykając sobie selfie? Poznałem już „fachowca” od LIVE’ów, który nie odpisywał na maile tygodniami, a na swoich LIVE miał po… 100 osób (sic!). Poznałem już „fachowca” od marketingu internetowego, który wziął pieniądze za to, żeby zlecić mi 90% swojej roboty. I poznałem marketingowego guru, który napisał nam kilka tekstów, rzekomo copywriterskich, na stronę www i najmniejszym problemem były w tej współpracy błędy ortograficzne. Znacznie gorsze było to, że teksty gwałtownie obniżyły nam sprzedaż i nie trzymały się kupy.

Są jednak obszary, w które wierzę. Długotrwałe dzielenie się wiedzą na social media zwiększa sprzedaż. Marketing partyzancki zwiększa rozpoznawalność. A marketing szeptany zwiększa wiarygodność. Chciałem o tym powiedzieć na autorskim szkoleniu, które ryzykowanie nazwałem „Marketing przez osmozę” (ok, zgadzam się, nazwa jest trochę z dupy, ale merytoryka zrobiła by na Was wrażenie). Skończyło się na tym, że dostałem falę hejtu od branży marketingowej, a najgłośniej ujadał „ekspert” który ma 3 000 fanów na Face (u mniej jest teraz ok. 190 000).

5. Sprzedaż zanim powstanie produkt

Ryzykuję, ale otwartość jest dla mnie ważna: większość produktów i usług nie istniało jeszcze w moich firmach kiedy zaczynaliśmy je sprzedawać. Nazywam to „sprzedażą próbną”. W przypadku książki wygląda to tak, że zaczynam ją pisać, dochodzę mniej więcej do połowy, robię przedsprzedaż (jasno komunikując, że książki zaczniemy wysyłać za miesiąc i że to jest powodem dużej zniżki) i… zarabiam na produkcie, którego jeszcze nie ma. Skutek? Motywacja do dokończenia książki podnosi mi się dziesięciokrotnie. A druk wykonuję za pieniądze klientów. Głupio byłoby wydać 10 000 sztuk książki, a potem przekonać się, że nikt nie jest nią zainteresowany. Wolę więc sprzedać najpierw 1 000 sztuk w przedsprzedaży i za zarobione pieniądze później wydrukować 10 000…

Nie wiem jak Ty, ale dla mnie ważny jest spokojny sen. Zazwyczaj nie lubię też stresu (wyjątek stanowią Mistrzostwa Świata w siatkówce gdzie graliśmy 6 tie-breaków na 13 meczów, a w finale przegraliśmy pierwszy set z Brazylią – tam jakoś ten stres mi odpowiadał). Dlatego też nie inwestuję pieniędzy w coś, co może się nie udać. Chętnie za to inwestuję pieniądze w coś, co się już sprzedało. To bowiem oznacza spokojny sen.

Na koniec tego punktu zachęcam Cię do równie nietypowego podejścia: dużo dawaj za darmo. Nasza spółka #MentalPower (inne zresztą też) jest dowodem na to, że jeśli rozda się dużo wiedzy, podzieli się z ludźmi energią, inspiracją i pomysłami, Twoje przyszłe usługi zaczną się sprzedawać same, zanim jeszcze trzeba będzie je logistycznie zorganizować. Na przykładzie „Akademii Trenerów Mentalnych” wiem, że nie trzeba było inwestować w reklamę. Nie trzeba było też wydawać kasy na organizację. Najpierw cierpliwie dawaliśmy, dawaliśmy i dawaliśmy, a później ludzie zapisali się sami i z zaliczek dopiero zarezerwowaliśmy sale i catering, a z późniejszych wpłat opłacaliśmy gości i wykładowców, takich jak Stephane Antiga czy Profesor Blikle. Spójrz też na przykład Michała Szafrańskiego – kilka lat dawał coś za darmo, a potem za pieniądze czytelników wydał książkę, na której zarobił kilka milionów złotych!

6. Naśladownictwo to często przejaw głupoty

Kiedy słyszę, że ktoś nazywa siebie „polskim Garym Vaynerchikiem” to dziwię się tej osobie. Dlaczego? Bo człowiek tym nie jest ani Vaynerchukiem, ani też nie jest już sobą. Gary Vaynerchuk jest tylko jeden, a naśladowanie go to mentalne lenistwo. Buduj swoją markę i swoją firmę. Nie buduj podróbki czegoś, co już istnieje.

Oczywiście trudniej jest dziś wymyślić coś nowego niż dawniej. Każdy z nas inspiruje się – świadomie lub nie – tym co już widział, czytał czy doświadczył. Warto jednak pozostać refleksyjnym, krytycznym i autentycznym, żeby nie stracić siebie w gąszczu plagiatorów. A że plagiat otacza nas ze wszech stron to chyba wszyscy wiemy. Moja animacyjna firma STAGEMAN ma plagiatorkę z Krakowa (pozdrawiam), która kopiuje nie tylko nasze usługi i hasła reklamowe, ale nawet skopiowała bez przypisów fragment mojej książki o animacji czasu wolnego w swojej publikacji. Zdarza się, ale przyznasz chyba, że jest to słabe. Żeby nie użyć tu innego słowa…

Jeśli ktoś jest na tyle głupi, że nie potrafi stworzyć swojego produktu lub swojej usługi bez kradzieży własności intelektualnej innych osób to nie powinien w ogóle zakładać firmy. Da się pewnie zarobić na podróbkach, Chińczycy coś o tym wiedzą, ale super też spojrzeć sobie z czystym sumieniem w lustro. Nie mówiąc już o tym, że współcześni konsumenci lubią nowatorskie i „świeże” rozwiązania. Dlatego tworząc JBB, STAGEMAN, #MentalPower czy WakacjeWSarandzie.pl nie starałem się wejść do branży wysokokonkurencyjnej. Zamiast tego tworzyłem nisze. A jeśli ktoś przepisuje moje książki to mogę uznać to po prostu za komplement.

7. Unikaj doradców, chyba że stać Cię na piłowanie gałęzi na której siedzisz

Bycie przedsiębiorcą wymaga wizji. Masz jakiś pomysł i swój sposób działania. Jeśli w coś bardzo mocno wierzysz, masz serce, pragniesz dla swoich klientów czegoś „wow” i pracujesz ciężko, wszystko zaczyna się układać. Przychodzi jednak taki moment, że spotykasz się ze ścianą (spokojnie, każdego z nas to dotyczy). I zaczynasz szukać doradców. I to jest najczęściej bardzo zły pomysł!

Pamiętam jak tworzyłem w Europie sieć franczyzową STAGEMAN. Pierwsi kandydaci na franczyzobiorców pojawili się w Austrii, na Słowacji i na Litwie. Usiadłem więc do biurka i napisałem umowę franczyzową z wszelkimi warunkami. Kiedy dowiedział się o tym znajomy prawnik, krzyknął, że chyba oszalałem i że on się tym zajmie. W tamtym momencie miałem już podpisane 2 „swoje” umowy. On napisał trzecią, swoim prawniczym językiem. Skutek był taki, że kandydaci wystraszyli się i uciekli. Powiedziałem wtedy ów prawnikowi: „Nie sztuką jest napisać dobrą umowę franczyzową. Sztuką jest umowę franczyzową podpisać”. I ta zasada odnosi się do wielu doradców. Nie sztuką jest opowiadać o tym, jak powinny wyglądać księgi rachunkowe firmy. Sztuką jest zarabiać pieniądze na świetnych pomysłach i nie obawiać się kontroli z ZUS. Nie sztuką jest przeprowadzić wykład z obsługi klienta. Sztuką jest klientów polubić i wtedy obsługa samoczynnie wchodzi na inny level. Nie sztuką jest zgłosić się do prawnika, księgowej, marketingowca czy grafika. Sztuką jest mieć wizję, której się nie straci po poradach kogoś, komu nie zależy na Twojej firmie, tylko na Twoich pieniądzach.

Oczywiście pewne rzeczy trzeba outsourcować bo się człowiek nie rozerwie. Ja też używam usług księgowych, graficznych, a czasami także prawniczych (o zgrozo!). Wizję jednak wyznaczam ja i pozostaję krytyczny oraz refleksyjny do tego co mówią mi doradcy. Jeśli to oni zaczną podejmować ważne decyzję to gałąź na której siedzę może runąć z hukiem…

 

Wiem, że ten tekst może wywołać hejt. Czuję jednak, że lepszym pomysłem jest pozostanie sobą niż próba zadowolenia wszystkich wokół. Wiem, że ktoś może mnie nazwać po tym tekście arogantem. Wolę jednak być pewnym siebie przedsiębiorcą, który wierzy w swoje wartości i w swoją wizję niż chorągiewką na wietrze konformizmu. Wiem, że znajdzie się wielu, którzy będą się pukać w czoło na moje pomysły. Spoko, jestem przyzwyczajony. Wielu moich krytyków (choć oczywiście nie wszyscy) po latach nazywało moje firmy fenomenem. To mocna motywacja do robienia swojego. A nawet jeśli zdarzy mi się oberwać od krytykantów z tytułem MBA że to nienaukowe, nie potwierdzone badaniami, że to czysty fuks – ok, przeżyję. Jeśli wejdziesz na www.stageman.pl czy www.jakubbbaczek.pl czy www.mental-power.pl czy www.wakacjewsarandzie.pl to może faktycznie, nie znajdziesz tam typowych czy opisanych w polskich książkach z lat 80. metod prowadzenia biznesu. Znajdziesz jednak grupy pasjonatów, którzy robią swoje i najczęściej w swoich branżach są liderem rynku…

Jakub B. Bączek
Autor bestsellera EMPIK i Storytel: “Zarobić milion, idąc pod prąd”

A na co Ty czekasz?

A na co Ty czekasz?

Utwierdzam się raz za razem w przekonaniu ze czekanie na “coś dobrego” nie ma sensu. Czekanie na najważniejsze rzeczy kończy się najczęściej niedoczekaniem lub przynajmniej frustracją po drodze… Dlatego warto działać, podejmować odważne decyzje i iść do przodu, nawet jeśli to trudne.

Polacy czekają na weekend, żeby wyciszyć telefon wieczorami. Czekają na wakacje, żeby wyjechać z miasta. Czekają ze swoim hobby na… emeryturę. I tak czekają, czekają, czekają… Wierzą, że życie będzie szczęśliwe jak:

a) zbudują firmę

b) kupią swoje mieszkanie

c) pojadą kiedyś do Australii…

A tymczasem jedyne życie jakie masz jest TU I TERAZ.

Teraz możesz się uśmiechnąć. Teraz może kogoś przytulić lub chociaż posłać smsa, że kochasz. Teraz możesz zacząć działanie lub podjąć ważną decyzję. To jest Twoje życie. Nie czekaj na nie. Live Life Now!

Ściskam z Grecji, gdzie taki sposób myślenia pojawił się już 2,5 tysiąca lat temu…

Wiedza… w 5 minut!

Wiedza… w 5 minut!

Drodzy, ostatnio udzielam dużej ilości wywiadów. Jeśli kogoś interesuje: psychologia stresu, introwertyzm lub zasady skutecznego biznesu to zapraszam do:

Zawsze staram się, żeby wywiady ze mną były jak najbardziej merytoryczne. Jeśli masz ochotę, wrzuć je do kolejki tekstów lub przekopiuj do notatnika i w wolnej chwili przeczytaj choć jeden z nich. Zazwyczaj jest to ok. 5 minut czytania, wymienne na Twoją wiedzę w obszarze praktycznego treningu mentalnego.

8 motywatorów „Igreka”, czyli jak rozebrano piramidę Maslowa

8 motywatorów „Igreka”, czyli jak rozebrano piramidę Maslowa

Niecierpliwi, z wrodzoną niechęcią do podporządkowania się obowiązującym regułom, ale także wielozadaniowi i otwarci na świat – tacy właśnie są przedstawiciele pokolenie Y, ludzie urodzeni między 1985 a 2000 rokiem. „Igreki” – to właśnie oni zaczynają właśnie rządzić rynkiem. Niełatwo nimi zarządzać, bo sposób ich motywowania jest zupełnie inny, niż przedstawicieli poprzednich pokoleń. Jaki? Już wyjaśniam.

Brak ograniczeń

„Igreki” nie lubią być ograniczani. Cenią sobie równowagę między pracą a życiem prywatnym. Szanują swój wolny czas i swoje pasje. Nie pytają nikogo, jak powinni żyć. Przyznają sobie prawo, by samych siebie pytać, czego pragną. Dziwią się systemowi, który motywował ich rodziców lub starszych kolegów. Chcą rozwiązywać swoje problemy i otrzymywać to, czego pragną teraz, natychmiast. I opierając się na nowoczesnych technologiach, coraz częściej udowadniają, że to możliwe.

Detektory ściemy

Dla „Igreków” duże znaczenie ma realizacja potrzeb społecznych i bycie członkiem spójnego zespołu. Większość ludzi z tego pokolenia jest wręcz spragniona autentycznego autorytetu. Ale z drugiej strony, z uwagi na to, jak szeroka jest obecnie oferta społeczna, ich „detektory ściemy” pracują na okrągło i stale coś wykrywają. Dzięki temu odrzucają wszelkie zadekretowane władze czy autorytety. O ich sile natomiast świadczy to, że już stali się bohaterami mitów i stereotypów. I to nie po upływie jakiegoś dłuższego czasu, tylko teraz, na bieżąco, jak w żywym organizmie.

Relacje ponad wszystko

Prowadząc swoje firmy i współpracując z „Igrekami” na wielu płaszczyznach, coraz wyraźniej dostrzegam, co ich motywuje. W przestrzeni mojej firmy, widzę, jak ważny jest dla nich zespół, w którym pracują. To, że mają dostęp do relacji, że przychodzą do firmy nie tylko, żeby wykonać jakieś działanie, ale także po to, by spotkać się z przyjaciółmi. Budowanie i podtrzymywanie relacji jest dla nich bardzo ważne. Nic dziwnego, że właśnie to pokolenie jest odpowiedzialne za rozwój mediów społecznościowych.

Elastyczny czas pracy

Widzę także, jak ważny jest dla nich elastyczny czas pracy. Od samego początku wprowadziłem do swoich firm system, który daje im możliwość, by pracowali wszędzie tam, gdzie chcą – mając pod ręką laptop z dostępem do Internetu. I jest mi wszystko jedno, czy będą siedzieli w hipsterskiej kafejce, w biurze, czy w samolocie. Sprawdziłem, że ośmiogodzinna praca w biurze nie wpływa pozytywnie na ich efektywność.

Feedback i ciągła stymulacja

Zauważyłem, że pracujące w mojej firmie „Igreki” potrzebują ciągłej stymulacji. Są przyzwyczajeni do miliona bodźców i prawdopodobnie niektórzy reprezentanci pokolenia Y mają ich więcej w ciągu jednego dnia, niż ich dziadkowie mieli przez całe życie. To może być zarówno ograniczenie, jak i dźwignia. Poprzez ciągłą stymulację, niczym nie przerywany „feedback”, informacje zwrotne, podchodzą do swojej pracy, jak do uczestnictwa w grze komputerowej. Każda pochwała, każde poklepanie po ramieniu, każdy mail o treści „Dobrze coś zrobiłeś”, są dla nich w pewnym sensie jak zdobycie punktów w programie lojalnościowym albo przejście na wyższy poziom „level”.

Podwyżka? Niekoniecznie

Realizując zadania, „Igreki” czują, jakby wypełniali misję – zbierają dla szefa punkty za to, co robią i czasem tak ich to mobilizuje do działania, że nawet krótkie słowo „dziękuję” potrafi obudzić w nich większą motywację niż podwyżka. Co ciekawe, na podstawie moich ostatnich doświadczeń, mogę stwierdzić, że czynniki finansowe motywują ich relatywnie coraz mniej. Wiem, że część z nich chętnie oddałaby część swojego wynagrodzenia za możliwość pracy w domu lub w zamian za większą ilość dni urlopu. Mam też świadomość, że choć liczą się dla nich osiągnięcia zawodowe, to niezwykle ważne jest dla nich zwłaszcza posiadanie bogatych doświadczeń życiowych. I takie staram się im zapewniać.

Deadline’y

„Igreki” – wychowane w dobrobycie, przekonane, że mogą wszystko i wszystko im się należy. Często posiadają wysokie poczucie własnej wartości, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Lubią „deadline’y” i dzielenie celu strategicznego na małe kroki. Dlatego zamiast mówić im np. „Podniesiemy sprzedaż o 10 procent”, warto co miesiąc dawać im deadline na to, by wykonali jakiś konkretny krok w stronę zaplanowanego celu. Ponadto, ważne by wskazywać im wartości, ważne dla przedsiębiorstwa, wyjaśnić motywy działania i cel, do którego wszyscy dążymy.

Kolekcjonowanie chwil

Pokolenie Y jest zróżnicowane, choć jednocześnie bardzo do siebie podobne. Stanowi wyzwanie dla współczesnej psychologii i motywacji, a także dla pracodawców i firm, z którymi przyszło im konkurować. Odwrócili bowiem piramidę Maslowa do góry nogami, bo najbardziej potrzebują samorealizacji, a o potrzebach bezpieczeństwa i tych dyktowanych przez fizjologię, myślą coraz rzadziej. A kiedy ktoś im mówi, że np. powinni mieć stabilne zatrudnienie i mieszkanie na własność, odpowiadają: „Collect moments, not things”. I tego się od nich uczę, każdego dnia. Najważniejsze bowiem, by wszystkie pokolenia nie tylko umiały ze sobą współpracować, ale także by umiały czerpać od siebie inspiracje.

A na koniec, jako pracodawca kilkuset “Igreków” rocznie – uwielbiam ich! Za pasję, za szczerość, za to że mnie cisną do bycia lepszym szefem i człowiekiem. Są moim największym źródłem motywacji! Spójrz na to z tej perspektywy, by obie strony lepiej współpracowały. Powodzenia.