Loris Karius może być jeszcze bohaterem, jak Sergio Ramos. Jeśli zechce.

Sergio Ramos, polscy siatkarze, Rafał Kurzawa i Loris Karius – to dla mnie sportowi bohaterowie ostatnich dni. Do dziś nie schodzą z czołówek serwisów sportowych, choć z zupełnie innych powodów. Łączy ich to, że będą szybko musieli sobie poradzić mentalnie ze swoimi sukcesami lub porażkami, lub z jednym i drugim równocześnie.

Zacznijmy od Lorisa Kariusa. Niemiecki bramkarz Liverpoolu wychodził na stadion w świetle jupiterów, rozpoczynając mecz życia w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów. W jednej chwili został sam, zrozpaczony, z dwoma zawalonymi golami, które dały Puchar Europy rywalom. Każdy dzień przynosi nowe informacje na jego temat. Dowiedzieliśmy się już, że Liverpool szuka bramkarza na jego miejsce. Angielski klub ma złożyć rekordową ofertę za Alissona Beckera z Romy. Co ma zrobić w tej chwili ze sobą Loris Karius?

Oczywistym jest, że przy takiej fali krytyki i skali presji Niemiec zapamięta ten wieczór do końca życia. Od niego tylko zależy, czy przekuje porażkę w sukces. Jeśli sobie poradzi z presją za kilka lat napisze książkę jak podnieść się ze sportowego dna. Jeśli nie – świat zapomni o nim jako o profesjonalnym piłkarzu. Będzie go wspominał wyłącznie jako winowajcę porażki Liverpoolu.

Dziś wiele zależy nie tylko od Lorisa Kariusa, ale także od jego najbliższych, jego trenerów i klubu. Niemiec natychmiast powinien przerobić tę porażkę i pracować nad tym, by utrzymać miejsce w klubie. Jeśli nie ma trenera mentalnego – powinien go zatrudnić. Ma przyjść Alisson? Świetnie. Trzeba się z nim zmierzyć i walczyć o miejsce w składzie. Karius powinien być pierwszym na treningu i ostatni z niego wychodzić. Powinien jak najszybciej wrócić do swoich zadań i treningów. To tak jak z kierowcą, który miał wypadek, czy ze skoczkiem narciarskim po upadku. Im szybciej wrócą za kółko, czy na skocznię, tym dla nich lepiej. Karius ma to szczęście, że jest w Liverpoolu. Ten klub słynie z tego, że mocno wspiera swoich zawodników. Doświadczył tego w chwilach porażki Jerzy Dudek, który pisał w swojej książce, że gdyby nie to wsparcie to by oszalał.

Sergio Ramos też był bohaterem ostatniego finału Ligi Mistrzów. Jako piłkarz Realu Madryt mógł po raz czwarty w ostatnich pięciu latach wznieść Puchar Europy. Jednocześnie po meczu po raz kolejny został nazwany bandytą, człowiekiem-kartką. Tym razem za wyeliminowanie z gry Mohameda Salaha i wywieranie presji na bramkarzu Liverpoolu. Może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale mam duży szacunek dla takich sportowców jak Ramos. Dopóki nie jest to sytuacja na czerwoną kartkę, rozumiem ich zachowanie i walkę. Ramos wyszedł na mecz głodny sukcesu, choć teoretycznie mógłby już być piłkarzem spełnionym. Nie wierzę, że pojawił się na boisku z zamiarem zrobienia Salahowi krzywdy. Walcząc o najwyższe trofea ludzie pod presją często nie myślą analitycznie, korą mózgową. Myślą mózgiem gadzim, odpowiedzialnym za instynkty pierwotne. Są skuteczni, choć w agresywny sposób. Pamiętacie cios głową Zinedina Zidane wymierzony Marco Materazziemu w finale piłkarskich MŚ w 2016 r.? Francuzom wtedy nie szło, choć bardzo chcieli. Zidane, dziś trener Realu, i Francja zapłacili za to wysoka cenę, ale na pewno nie można powiedzieć, że nie byli zdeterminowani. Mając takiego lidera zawodnicy biorą z niego przykład, nawet podświadomie.

Przejdźmy teraz do naszych bohaterów sportowego weekendu. Z przyjemnością przeczytałem, że Rafał Kurzawa, zawodnik Górnika Zabrze i król asyst Lotto Ekstraklasy, może wkrótce grać na boiskach ligi włoskiej. To ogromna szansa. Jako trener mentalny zawsze radzę, by iść z falą i wykorzystywać takie szanse. Nawet wtedy, gdy wiemy, że na początku trzeba będzie udowodnić swoją wartość i nawet posiedzieć na ławce. Lepiej być rezerwowym w najwyższej lidze, niż liderem w polskiej. Jeśli Rafał Kurzawa wykorzysta doświadczenie z Włoch, będzie pełniejszym, bardziej dojrzałym zawodnikiem. Rolą rodziny, doradców i trenerów jest, by go wspierać w jego decyzjach.

Drużynę polskich siatkarzy, z którą przed czterema laty miałem przyjemność odbierać złoty medal MŚ jako trener mentalny, specjalnie zostawiłem sobie na koniec. Trzy zwycięstwa, wymarzony debiut nowego trenera Vitala Heynena, prowadzenie w Lidze Narodów. Czyli – jest dobrze, mamy sukces. Osobiście najbardziej podobały mi się jednak nie zwycięstwa i styl, ale słowa trenera. Belgijski szkoleniowiec polskiej reprezentacji mówił dziennikarzom: „nie przyzwyczajajcie się, nie pompujcie nastrojów”. To mi się podoba. Jeśli ktoś uważa, że teraz polska reprezentacja zacznie tylko wygrywać, jest w błędzie. Nie było jeszcze takiej drużyny i trenera, którzy wygrywają wszystko. Jeśli by byli, to znaczy, że wiedzieliby coś, czego nie odkrył jeszcze cały siatkarski świat. Spokojnie, to Liga Narodów, drużyna dopiero rozpoczęła przygotowania do sezonu reprezentacyjnego, jest w fazie treningu siłowego i za tydzień może być zupełnie inaczej. Siatkówka to taki sport, w którym jednego dnia możesz wygrać 3:0, a drugiego przegrać 0:3 z tym samym przeciwnikiem. Ważne, że trener to wie i potrafi nam przekazać. A jeśli tak, to potrafi też poradzić sobie z drużyną. I tego jemu i siatkarzom życzę z całego serca. To nie najbliższe zwycięstwa są najważniejsze, ale cele, które sobie i drużynie stawia Vital Heynen.

Trening mentalny potrzebny jest na każdym kroku kariery sportowej. Od pierwszego wystąpienia w nowym klubie, po zdobycie Ligi Mistrzów. W głowie sportowca decyduje się w dużej mierze to, czy wykorzysta swoje umiejętności w pełni czy też nie. Wszak marzenia się nie spełniają. Marzenia się SPEŁNIA!

Fot.: Alamy