Za kilka miesięcy „stuknie mi” 10 lat w przedsiębiorczości. Z jednej strony dużo, bo nie jestem typem faceta, który zaakceptowałby rutynę, a z drugiej strony mało, bo wciąż przychodzą mi do głowy nowe pomysły i wizje. Jedno jest pewne: nie interesują mnie konformistyczne normy. I dlatego to co robię często spotykało się ze zdziwieniem, krytyką, a nawet pukaniem się w czoło przez „specjalistów”. Wyniki jednak przemawiają głośniej niż deklaracje więc wysypiam się głęboko i wstaję w dobrym humorze. Mimo że część ludzi nazywa mnie biznesowym dziwakiem.

1.Nienormowany czas pracy, czyli dlaczego lubię sprytnych a nawet leniwych ludzi

8-godzinny, efektywny czas pracy od poniedziałku do piątku to fikcja. Badania zebrane i opisane w książce „Taka praca nie ma sensu” wskazują, że ludzie utrzymują fokus najwyżej przez 6 godzin, a są i tacy, którzy robią coś sensownego w swoich firmach tylko przez 2 godziny dziennie. Być może dlatego Szwecja rozważa rewolucyjną zmianę w stronę 6-godzinnych dniówek. Ja poszedłem jeszcze dalej i to zanim wpadły mi do ręki badania na ten temat. Od 2009 roku, kiedy zakładałem STAGEMAN żaden z pracowników nie musiał siedzieć w biurze (którego zresztą przez pierwsze 8 lat prowadzenia biznesu nie mieliśmy) od 8:00 do 16:00.

Spotykałem się ze swoim zespołem co miesiąc lub raz na rok, by spytać ich o efekty, a to czy pracowali godzinę dziennie czy dwanaście mnie nie interesowało. Taki format pracy jest u nas tradycją i dopiero w tym roku nowo zatrudniony pracownik poprosił mnie o możliwość pracy od 7:00 do 15:00. Odparłem, żeby zrobił jak uważa i trochę się zdziwiłem bo była to pierwsza tego typu prośba od niemalże 10 lat w moich firmach…

A czemu lubię współpracować z osobami sprytnymi, a nawet czasem leniwymi? Bo zazwyczaj wymyślają metody na zrobienie czegoś dużo szybciej niż sądzi rynek i po wprowadzeniu tego jako standard zwiększymy liczbę spraw, które jesteśmy w stanie ogarnąć w ciągu godziny konkretnego działania. Lepsza godzina konkretów a potem zabawa z dziećmi niż 8 godzin przy biurku z pozorami zapracowania.

2. Spotkania to zazwyczaj strata czasu!

Pamiętam, że kiedy współorganizowaliśmy Euro 2012 w Polsce, UEFA wymagała ode mnie wielu spotkań. Na tych spotkaniach rozmawialiśmy o tym czym się kto zajmuje (5 minut x 8 osób w pokoju = 40 minut), o tym po co się spotkaliśmy (kolejne 10 minut), o tym co tak naprawdę chcemy zrobić (5 minut) i z podsumowania (o zgrozo, 5 minut na powtarzanie tego, co już powiedzieliśmy). Szybko zorientowałem się, że takie godzinne spotkanie można by równie dobrze załatwić pojedynczym mailem. Zacząłem więc unikać spotkań jak ognia i robię tak do dziś.

Oczywiście zdarzają mi się spotkania w mojej firmie i zdarza się, że z jakiegoś spotkania wychodzę naprawdę zainspirowany i zmotywowany, ale w większości przypadków sprawdza mi się e-mail, telefon, ostatecznie SKYPE lub… nieodebranie telefonu, które najczęściej skutkuje tym, że pracownik sam znajduje rozwiązanie, a jak do niego oddzwaniam po 2 dniach mówi: „a już nic szefie, poradziłem sobie”.

Zresztą spytajcie moich trenerów animacyjnych, Emilkę lub Tomka, ile razy w roku się spotykamy, żeby dobrze funkcjonować. Nie zdziwcie się tylko jeśli usłyszycie, że widzą Kubę raz… do roku. Co nie przeszkadza nam utrzymywać od wielu lat najwyższej w Polsce jakości szkoleń dla animatorów czasu wolnego. A jeśli i to Cię nie przekonuje to wejdź na expensivemeeting.com i zobacz kalkulator, który przelicza ilość straconych przez firmę pieniędzy na przydługim spotkaniu – otwiera oczy!

3. Pieniądze z zewnątrz? O nie!

Znam wielu start-uperów i doradzam wielu firmom. Zbyt częste jest w nich podejście: „poszukajmy finansowania zewnętrznego”. Uważam, że powinien to być dla Ciebie plan D. Nie plan B, a nawet nie plan C. Pieniądze z zewnątrz to dla mnie ostateczność i przez 10 lat nie użyłem ich ani razu, pomimo, że startowałem od zera w portfelu.

Moja awersja do inwestorów czy kredytodawców wynika z tego, że zakładając firmę chciałem być jej szefem. Bycie szefem wiążę się w moim światopoglądzie z niezależnością, samodzielnością i decyzyjnością. A spróbuj czuć się niezależny kiedy inwestor każe Ci przykręcić kurek z wydatkami na szkolenie Twoich ludzi. Spróbuj poczuć samodzielność, kiedy bank wysyła Ci monity o zaległej racie kredytu. I spróbuj poczuć decyzyjność, kiedy współwłaściciel firmy nie zgadza się z Twoją wizją rozwoju. Uff… To nie dla mnie.

I chociaż dostałem już 2 poważne propozycje zakupu udziałów w moich firmach (z czego na tej drugiej wzbogaciłbym się o kilka milionów złotych), odmówiłem bo nie czułbym się przedsiębiorcą, gdybym musiał się komuś spowiadać ze swoich decyzji…

4. Tradycyjny marketing jest… przereklamowany

Do dziś nie dorobiłem się w swojej firmie wizytówek. Nawet gdybym miał, nie rozdawałbym ich na biznesowych śniadaniach i nie wciskał na lotnisku ludziom, którzy zapytali o godzinę. Nie mam też reklam w telewizji, billboardów, a mailing zdarza mi się wysłać w swoich firmach mniej więcej raz na rok (przy czym na początku działalności nie wysyłałem ich wcale, nie wierzę zresztą, że mailing może wygenerować solidną sprzedaż). Krótko mówiąc, tradycyjny marketing to według mnie strata pieniędzy i czasu.

Nie jestem też fanem marketingowców. Moje doświadczenia wskazują, że im bardziej marketingowiec wylansowany jest w mediach, tym mniej zna się na marketingu. Jak zresztą ma się na nim znać skoro zapieprza po całej Polsce z konferencji na konferencje, po drodze cykając sobie selfie? Poznałem już „fachowca” od LIVE’ów, który nie odpisywał na maile tygodniami, a na swoich LIVE miał po… 100 osób (sic!). Poznałem już „fachowca” od marketingu internetowego, który wziął pieniądze za to, żeby zlecić mi 90% swojej roboty. I poznałem marketingowego guru, który napisał nam kilka tekstów, rzekomo copywriterskich, na stronę www i najmniejszym problemem były w tej współpracy błędy ortograficzne. Znacznie gorsze było to, że teksty gwałtownie obniżyły nam sprzedaż i nie trzymały się kupy.

Są jednak obszary, w które wierzę. Długotrwałe dzielenie się wiedzą na social media zwiększa sprzedaż. Marketing partyzancki zwiększa rozpoznawalność. A marketing szeptany zwiększa wiarygodność. Chciałem o tym powiedzieć na autorskim szkoleniu, które ryzykowanie nazwałem „Marketing przez osmozę” (ok, zgadzam się, nazwa jest trochę z dupy, ale merytoryka zrobiła by na Was wrażenie). Skończyło się na tym, że dostałem falę hejtu od branży marketingowej, a najgłośniej ujadał „ekspert” który ma 3 000 fanów na Face (u mniej jest teraz ok. 190 000).

5. Sprzedaż zanim powstanie produkt

Ryzykuję, ale otwartość jest dla mnie ważna: większość produktów i usług nie istniało jeszcze w moich firmach kiedy zaczynaliśmy je sprzedawać. Nazywam to „sprzedażą próbną”. W przypadku książki wygląda to tak, że zaczynam ją pisać, dochodzę mniej więcej do połowy, robię przedsprzedaż (jasno komunikując, że książki zaczniemy wysyłać za miesiąc i że to jest powodem dużej zniżki) i… zarabiam na produkcie, którego jeszcze nie ma. Skutek? Motywacja do dokończenia książki podnosi mi się dziesięciokrotnie. A druk wykonuję za pieniądze klientów. Głupio byłoby wydać 10 000 sztuk książki, a potem przekonać się, że nikt nie jest nią zainteresowany. Wolę więc sprzedać najpierw 1 000 sztuk w przedsprzedaży i za zarobione pieniądze później wydrukować 10 000…

Nie wiem jak Ty, ale dla mnie ważny jest spokojny sen. Zazwyczaj nie lubię też stresu (wyjątek stanowią Mistrzostwa Świata w siatkówce gdzie graliśmy 6 tie-breaków na 13 meczów, a w finale przegraliśmy pierwszy set z Brazylią – tam jakoś ten stres mi odpowiadał). Dlatego też nie inwestuję pieniędzy w coś, co może się nie udać. Chętnie za to inwestuję pieniądze w coś, co się już sprzedało. To bowiem oznacza spokojny sen.

Na koniec tego punktu zachęcam Cię do równie nietypowego podejścia: dużo dawaj za darmo. Nasza spółka #MentalPower (inne zresztą też) jest dowodem na to, że jeśli rozda się dużo wiedzy, podzieli się z ludźmi energią, inspiracją i pomysłami, Twoje przyszłe usługi zaczną się sprzedawać same, zanim jeszcze trzeba będzie je logistycznie zorganizować. Na przykładzie „Akademii Trenerów Mentalnych” wiem, że nie trzeba było inwestować w reklamę. Nie trzeba było też wydawać kasy na organizację. Najpierw cierpliwie dawaliśmy, dawaliśmy i dawaliśmy, a później ludzie zapisali się sami i z zaliczek dopiero zarezerwowaliśmy sale i catering, a z późniejszych wpłat opłacaliśmy gości i wykładowców, takich jak Stephane Antiga czy Profesor Blikle. Spójrz też na przykład Michała Szafrańskiego – kilka lat dawał coś za darmo, a potem za pieniądze czytelników wydał książkę, na której zarobił kilka milionów złotych!

6. Naśladownictwo to często przejaw głupoty

Kiedy słyszę, że ktoś nazywa siebie „polskim Garym Vaynerchikiem” to dziwię się tej osobie. Dlaczego? Bo człowiek tym nie jest ani Vaynerchukiem, ani też nie jest już sobą. Gary Vaynerchuk jest tylko jeden, a naśladowanie go to mentalne lenistwo. Buduj swoją markę i swoją firmę. Nie buduj podróbki czegoś, co już istnieje.

Oczywiście trudniej jest dziś wymyślić coś nowego niż dawniej. Każdy z nas inspiruje się – świadomie lub nie – tym co już widział, czytał czy doświadczył. Warto jednak pozostać refleksyjnym, krytycznym i autentycznym, żeby nie stracić siebie w gąszczu plagiatorów. A że plagiat otacza nas ze wszech stron to chyba wszyscy wiemy. Moja animacyjna firma STAGEMAN ma plagiatorkę z Krakowa (pozdrawiam), która kopiuje nie tylko nasze usługi i hasła reklamowe, ale nawet skopiowała bez przypisów fragment mojej książki o animacji czasu wolnego w swojej publikacji. Zdarza się, ale przyznasz chyba, że jest to słabe. Żeby nie użyć tu innego słowa…

Jeśli ktoś jest na tyle głupi, że nie potrafi stworzyć swojego produktu lub swojej usługi bez kradzieży własności intelektualnej innych osób to nie powinien w ogóle zakładać firmy. Da się pewnie zarobić na podróbkach, Chińczycy coś o tym wiedzą, ale super też spojrzeć sobie z czystym sumieniem w lustro. Nie mówiąc już o tym, że współcześni konsumenci lubią nowatorskie i „świeże” rozwiązania. Dlatego tworząc JBB, STAGEMAN, #MentalPower czy WakacjeWSarandzie.pl nie starałem się wejść do branży wysokokonkurencyjnej. Zamiast tego tworzyłem nisze. A jeśli ktoś przepisuje moje książki to mogę uznać to po prostu za komplement.

7. Unikaj doradców, chyba że stać Cię na piłowanie gałęzi na której siedzisz

Bycie przedsiębiorcą wymaga wizji. Masz jakiś pomysł i swój sposób działania. Jeśli w coś bardzo mocno wierzysz, masz serce, pragniesz dla swoich klientów czegoś „wow” i pracujesz ciężko, wszystko zaczyna się układać. Przychodzi jednak taki moment, że spotykasz się ze ścianą (spokojnie, każdego z nas to dotyczy). I zaczynasz szukać doradców. I to jest najczęściej bardzo zły pomysł!

Pamiętam jak tworzyłem w Europie sieć franczyzową STAGEMAN. Pierwsi kandydaci na franczyzobiorców pojawili się w Austrii, na Słowacji i na Litwie. Usiadłem więc do biurka i napisałem umowę franczyzową z wszelkimi warunkami. Kiedy dowiedział się o tym znajomy prawnik, krzyknął, że chyba oszalałem i że on się tym zajmie. W tamtym momencie miałem już podpisane 2 „swoje” umowy. On napisał trzecią, swoim prawniczym językiem. Skutek był taki, że kandydaci wystraszyli się i uciekli. Powiedziałem wtedy ów prawnikowi: „Nie sztuką jest napisać dobrą umowę franczyzową. Sztuką jest umowę franczyzową podpisać”. I ta zasada odnosi się do wielu doradców. Nie sztuką jest opowiadać o tym, jak powinny wyglądać księgi rachunkowe firmy. Sztuką jest zarabiać pieniądze na świetnych pomysłach i nie obawiać się kontroli z ZUS. Nie sztuką jest przeprowadzić wykład z obsługi klienta. Sztuką jest klientów polubić i wtedy obsługa samoczynnie wchodzi na inny level. Nie sztuką jest zgłosić się do prawnika, księgowej, marketingowca czy grafika. Sztuką jest mieć wizję, której się nie straci po poradach kogoś, komu nie zależy na Twojej firmie, tylko na Twoich pieniądzach.

Oczywiście pewne rzeczy trzeba outsourcować bo się człowiek nie rozerwie. Ja też używam usług księgowych, graficznych, a czasami także prawniczych (o zgrozo!). Wizję jednak wyznaczam ja i pozostaję krytyczny oraz refleksyjny do tego co mówią mi doradcy. Jeśli to oni zaczną podejmować ważne decyzję to gałąź na której siedzę może runąć z hukiem…

 

Wiem, że ten tekst może wywołać hejt. Czuję jednak, że lepszym pomysłem jest pozostanie sobą niż próba zadowolenia wszystkich wokół. Wiem, że ktoś może mnie nazwać po tym tekście arogantem. Wolę jednak być pewnym siebie przedsiębiorcą, który wierzy w swoje wartości i w swoją wizję niż chorągiewką na wietrze konformizmu. Wiem, że znajdzie się wielu, którzy będą się pukać w czoło na moje pomysły. Spoko, jestem przyzwyczajony. Wielu moich krytyków (choć oczywiście nie wszyscy) po latach nazywało moje firmy fenomenem. To mocna motywacja do robienia swojego. A nawet jeśli zdarzy mi się oberwać od krytykantów z tytułem MBA że to nienaukowe, nie potwierdzone badaniami, że to czysty fuks – ok, przeżyję. Jeśli wejdziesz na www.stageman.pl czy www.jakubbbaczek.pl czy www.mental-power.pl czy www.wakacjewsarandzie.pl to może faktycznie, nie znajdziesz tam typowych czy opisanych w polskich książkach z lat 80. metod prowadzenia biznesu. Znajdziesz jednak grupy pasjonatów, którzy robią swoje i najczęściej w swoich branżach są liderem rynku…

Jakub B. Bączek
Autor bestsellera EMPIK i Storytel: “Zarobić milion, idąc pod prąd”