Po 15. latach wróciłem na Majorkę… Jako zupełnie inny człowiek…

PESEL ten sam. Ten sam NIP co wtedy. To samo imię i nazwisko. Ale w środku mojej głowy jest dziś kompletnie coś innego niż obraz psychiki Kuby sprzed 15 lat…

Był 2005 rok. Końcówka studiów. Wylatuję na Majorkę w poszukiwaniu pracy. Pieniądze są mi potrzebne na dojazdy autobusem na uczelnię, na xero, na książki i na jedzenie. Nie mam ich wtedy. Nie mam od kogo dostać. Lecę więc po raz pierwszy samolotem, do miejsca, gdzie nikogo nie znam, żeby je zarobić. Stres 10 na 10.

Na „dzień dobry” kłopoty… Jakiś bowiem tłuk z „Neckermanna” (teraz już nieistniejącego, ale wtedy w czołówce biur podróży w Polsce) wysłał mnie do hotelu, gdzie turystami są sami Niemcy. Mam z nimi pracować przez kilka miesięcy jako animator. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nie mówię po niemiecku ani słowa… (no dobra, może jakieś znam, ale brzydkie).

Robię się podejrzliwy już po wejściu do hotelu. Pani z recepcji odpowiada na moje pytania po hiszpańsku, pomimo, że ja do niej mówię po angielsku. Dostaję pokój pracowniczy. Ledwo kładę się na łóżko by odpocząć po podróży, dzwoni telefon. Słyszę po drugiej stronie zdenerwowanego Hiszpana, który wzywa mnie pilnie na spotkanie z dyrektorem hotelu. Po hiszpańsku. Rozumiem ogólny sens i emocje, ale szczegółów już nie bardzo. Wtedy jeszcze nie znam hiszpańskiego.

Pierwsza ulga jest taka, że dyrektor hotelu mówi dobrze po angielsku (uff…). Druga jest taka, że jest miły i spokojny (uff…). Potem robi się już jednak mniej kolorowo, bo stwierdza, że w tym hotelu każdy pracownik musi mówić po niemiecku. Wspaniałomyślnie daje mi jednak szansę i stwierdza:
– „Naucz się niemieckiego w tydzień, bo inaczej Cię odeślemy na Twój koszt”.

Widząc pewnie niemałe zdziwienie na mojej twarzy dodaje dla otuchy:
– „Nie martw się, kupię Ci książki”.
Kurtyna.

Akt 2. Książki do nauki niemieckiego pojawiają się na recepcji do odbioru już następnego dnia. Biegnę do pokoju, żeby efektywnie wykorzystać każdy kwadrans. Już dziś wieczór (!!!) mam bowiem prowadzić animacje dla niemieckich turystów. Książki do nauki niemieckiego są super, tylko, że… są po hiszpańsku… Kurtyna.

Akt 3. Wierzcie mi lub nie (sam nie wiem, czy bym uwierzył): po tygodniu rozmawiam z turystami po niemiecku. Z recepcją hotelu po hiszpańsku. Oczywiście z gramatyką z kosmosu, ale jednak się komunikuję. Wtedy po raz pierwszy pojawia się w mojej głowie myśl, że wiele rzeczy niemożliwych, staje się możliwymi przy wysokiej determinacji. Nie operuję jeszcze wtedy swoim cytatem o marzeniach, ale kiełkuje już pewnie wtedy myśl o tym, że marzenia się nie spełniają (same)…

15 lat temu byłem innym człowiekiem. Zupełnie innym. Zwłaszcza jeśli chodzi o trzy sfery: konformizm, inteligencja finansowa i skala marzeń…

1. Zmiana w zakresie „ośrodka decyzyjnego”.

15 lat temu najważniejsze było dla mnie to, co na zewnątrz. Co kto mówi. Co kto myśli. Co kto mi każe. Jaki mam być. Czysty konformizm. Bałem się mieć swoje zdanie, bo bałem się odrzucenia. Wchodząc w jakieś towarzystwo, zastanawiałem się, czy mnie polubią…

Dziś zastanawiam się, czy lubię ich ja… Nie jest to jednak paradoksalnie egoizm. Jest to wiara w to, że ośrodek decyzyjny mam w środku. Dziś już to rozumiem. Nie muszą mnie wszyscy lubić. Nie muszę się podobać. Nie muszę nic tłumaczyć tym, którzy się ze mną nie zgadzają. Robię swoje. Często pod prąd. Inaczej niż „należy” i „powinno się”. Tak, żebym był z tym szczęśliwy i żeby zadbane były wartości, w które wierzę. Tak powstały wszystkie moje firmy…

2. Zmiana w portfelu.

15 lat temu dbałem o to, żeby zarobić wystarczająco na bilet Bielsko-Cieszyn-Bielsko, Bielsko-Katowice-Bielsko + na 2-3 proste posiłki dziennie + na piwo i imprezę w akademiku. Tyle mi wtedy było trzeba. Nie szukałem więc rozwiązań na więcej. Szukałem rozwiązań by mieć 800 zł miesięcznie dla siebie. I tyle mi starczało (były to zresztą czasy, gdzie piwo w puszcze kosztowało po czeskiej stronie 1,20 zł).

Teraz już rozumiem, że warto mieć oczekiwania finansowe na takiej skali, żeby dziś zarabiać na lata do przodu. Teraz rozumiem, że pieniądze to narzędzie do budowania ważniejszej rzeczy: wolności. Dziś rozumiem, że pieniądze można mnożyć bez większego wysiłku i dostrzegam moc tak zwanych przychodów pasywnych. I choć mam świadomość, jak arogancko to brzmi, wtedy nie poszedłem przez 3 miesiące do fryzjera na Majorce, bo było mi szkoda 7 EUR, dziś jestem na Majorce i rozglądam się za nieruchomością wakacyjną za gotówkę… Także ten… Pewna zmiana mentalna nastąpiła…

3. Zmiana w skali marzeń.

15 lat temu planowałem 1 dzień do przodu. Skupiałem się na nauce, zrobieniu wszystkiego sam i… napiciu się wieczorem, żeby zagłuszyć demony. Wyobraźcie sobie zresztą chłopaka przytłoczonego ponurym dzieciństwem, który trafia do hotelu all-inclusive i wie, że jedna z barmanek go polubiła więc polewa mu w tajemnicy na barze co tylko zechce. Codziennie. Tak to wyglądało.

Dziś marzenia mam inne. Odważne. W dużej skali. Z grupą ludzi – już nie sam. Dziś moje marzenia dojrzały i są skierowane na pomaganie innym. Nie tylko na inspirowanie (jak przez ostatnie 5 lat), ale i na pomaganie poprzez Fundację. Dziś marzę o dotarciu z dobrem do 10 milionów Polaków. Na trzeźwo. Długofalowo. Ze spokojem w sercu. Z frajdą.

I tak sobie myślę, już na koniec tego wywodu… Wszystko to co mam dziś, WTEDY wydawało się NIEREALNE! Ktoś by mi powiedział 15 lat temu: „mistrzostwo świata w siatkówce”, odparłbym: „skończ fandzolić”. Ktoś by mi powiedział: „wolność finansowa”, a pomyślałabym pewnie: „zmień leki”… Co sobie więc opowiadasz w głowie Ty?

Opowiadasz sobie, że nie dasz rady? Że nic dobrego Cię już nie spotka? Że się nie da? Że wszystko zależy od rządu, od Twojego szefa, od podatków, od ZUS-u? Opowiadasz sobie, że nie potrafisz? Że nie stać Cię na więcej?

Zaryzykuję stwierdzenie, że się mylisz!

Bo marzenia się SPEŁNIA!

I tylko Ty możesz to zrobić…

Jakub B. Bączek
Trener Mentalny